Hol, lądowanie. Słyszy się nieraz opinię, że sandacz nie walczy. Nic bardziej fałszywego! Większość złowionych przeze mnie okazów nieźle „chodziła” przez 5—10 minut. Zdarza się czasem, że zaszokowaną rybę doholujemy bez oporu aż do brzegu, nie jest to jednak regułą. Najtrudniejsze są pierwsze sekundy holu. Nieraz musimy zdecydowanie zatrzymać rozpędzonego sandacza, by nie wpuścić go między przeszkody, lub nawet wyciągnąć go spomiędzy nich. W dodatku, jak już wspomniałem, z zacięciem w takich przypadkach nie należy zwlekać, a wtedy często haczyk wbija się płytko i trzyma niepewnie.
Nieoceniony okazuje się w takich razach długi, w miarę elastyczny kij, amortyzujący gwałtowne szarpnięcia. Jeżeli ryba dostanie się między zaczepy, należy ją stamtąd czym prędzej wydobyć, nim zdąży owinąć wokół nich żyłkę. Jest to bardzo ryzykowny manewr, lecz w tej sytuacji jedyny. Kij trzymamy wysoko i nie dajemy ani centymetra luzu. Przy gwałtownych szarpnięciach zwalniamy jedynie tempo zwijania żyłki i amortyzujemy końcówką. Czasami po kilku gwałtownych młyńcach ryba poddaje się, choć nie zawsze. Najwięcej sandaczy traci się podczas początkowej szamotaniny. Najczęściej płytko zacięta sztuka wytrzepuje sobie haczyk, raz nawet zdarzyło mi się, że kontra dużego sandacza rozgięła hak Mustad nr 2/0! Wydobycie sandacza z zaczepów powinno trwać krócej niż się to czyta. Jeżeli kołowrotek zwija żyłkę zbyt wotno, lepiej cofnąć się kilka kroków. Każdy moment wahania z naszej strony może doprowadzić do straty ryby. Przekonałem się o tym kiedyś, gdy sandacz wykorzystał wolniejsze tempo holu i owinąwszy żyłkę o pale urwał przypon. Przypłacił to zresztą życiem, znaleziono go martwego w kilka dni później, a szkoda, bo był to wyjątkowo ładny okaz.
Jeżeli rybę wyprowadzimy na czystą wodę, to jest już prawie nasza. Najlepiej pozwolić jej teraz na swobodne chodzenie w lewo i w prawo, bez potrzeby nie oddając nawoju. Umożliwia to długi kij. Mamy teraz doskonałą kontrolę nad każdym ruchem ryby, a trzeba stale uważać, by nie poszła w zaczepy. Gdy osłabnie, skracamy żyłkę, pamiętając, że ryba może jeszcze zebrać siły przy brzegu. W końcowej fazie holu, gdy ryba jest już blisko powierzchni, można jej „dać powietrza”, tj. unieść na chwilę jej łeb na powierzchnię wody. Działa to na nią oszałamiająco, zwłaszcza przy różnicy temperatury między powietrzem a wodą. Nie wolno jednak za wcześnie unosić sandacza nad dno.
Wyczerpanego drapieżnika lądujemy ślizgiem, podbierakiem lub osęką. Chwytając go ręką musimy uważać na ostrą płetwę grzbietową. Skaleczenia są przykre i długo się goją.
Mięso sandacz ma wyborne, najlepszy jest smażony
Najkorzystniejsza długość wędzisk do połowów sandacza z łodzi to 2,5—3 m, a z brzegu, zwłaszcza gdy łowimy w sąsiedztwie zaczepów, 4—5 m. Końcówka średnio sztywna. Haczyki muszą być większe niż do połowu węgorzy i miętusów, numeracji 2/0 i 3/0.
Najlepszą przynętą są drobne, wąskie rybki: ukleja, piekielnica, mały jelec, mała płotka, mały okoń, kiełbik, różanka, piskorz. Dobry jest też mały jazgarz, zwłaszcza w czerwcu. Żywca uzbraja się za pysk krótkim hakiem lub za ogon nieco dłuższym. Można stosować też systemik dwuhaczykowy. Do uzbrojenia martwej rybki lub filetu używa się haczyków dłuższych. Zdarzają się brania i na rosówkę, lecz nie jest to najlepsza przynęta na sandacze.
Jeżeli łowimy w pobliżu zawad, a warto to robić, bo sandacz często nie oddala się od swej kryjówki, musimy uzbroić przynętę wyjątkowo starannie. Sandacz nie połyka schwytanej rybki stojąc w miejscu, jak miętus, lecz odpływa z nią, bardzo często między pale lub korzenie zatopionego drzewa. Musimy wtedy zacinać błyskawicznie. Nie jest to korzystna sytuacja, przy zacięciu bowiem przynęta wraz z hakiem często wymyka się z obszernej, lecz słabo uzębionej paszczy. Możemy zwiększyć szansę skutecznego zacięcia, stosując systemik dwuhakowy i uzbrajając przynętę od pyszczka i ogona. Taka kombinacja może przestraszyć jednak sandacza. Najczęściej stosuję w takich przypadkach długie haczyki i małe filety, niewiele od nich większe.
Haczyk, koniecznie bardzo ostry, musi dobrze trzymać się przynety u nasady, ostrze natomiast powinno wyskoczyć za lada szarpnięciem. Cały haczyk staje wtedy sztorcem, a długie ramię gwarantuje głębokie zacięcie. Zacina się szerokim ruchem ramienia, przy dobrze naprężonej żyłce. Mimo wszystko mogą się zdarzyć „pudła”. Bywa również, że płytko wbity haczyk wyskoczy w pierwszych sekundach holu. Sztywna końcówka umożliwia głębsze wbicie haczyka, lecz na bardziej elastycznej wyciągniemy nawet rybę „wiszącą na włosku”.
Jeżeli ryba nie ucieka z przynętą pomiędzy zaczepy, zawsze należy z zacięciem zaczekać dwie minuty lub nieco dłużej. Tyle czasu wystarczy, by duży sandacz połknął niewielki kąsek wraz z haczykiem. Stosując duże haczyki zaoszczędzimy niejedną niedorosłą sztukę, która nie da rady połknąć takiej przynęty.
W rzekach najlepszymi zestawami są zwykłe gruntówki z ołowiem przelotowym, dobrze dać tu długi przypon. Drugą wędkę warto niekiedy zmontować ze spławikiem, zwłaszcza gdy chcemy podać przynętę zaczajonemu sandaczowi. Rzucamy ją powyżej upatrzonego stanowiska i umożliwiamy jej swobodny spływ. Stosowanie tej metody w nocy wymaga dobrej znajomości łowiska. Niezłe rezultaty możemy w ten sposób osiągnąć w pierwszej godzinie łowów, zanim sandacz wyruszy na żer, tub też w okresie słabych brań. Spławikówkę warto też stosować i na nieznanym łowisku, choć stracimy zapewne niejeden przypon. Montując wędkę spławikową pamiętajmy, by spławik był smukły, delikatny, a przynęta ocierała się o dno.
W jeziorach zawsze lepsze są zestawy spławikowe, umożliwiające umieszczenie żywca ponad dnem. Martwa rybka lepiej niech leży na dnie, o ile nie jest ono zarośnięte. Łowiąc nad wodorostami lepiej stosować żywą przynętę, będzie bowiem bardziej widoczna, przy czystym dnie zaś — martwą rybkę, która wabi drapieżnika dodatkowo zapachem krwi. W jeziorze najczęściej nie musimy obawiać się zaczepów, z zacięciem można swobodnie poczekać kilka minut. Jeżeli tylko sandacz nie wyczuje oporu, uchwyconej przynęty już nie puści.
Można też złowić sandacza na spinning. Najlepsze rezultaty osiągniemy spinningując martwą rybką.
Choć sandacz interesuje wielu wędkarzy, nie wszyscy potrafią skutecznie łowić tę ostrożną rybę. Najczęściej stosują ,,szczupakowe” metody połowu, które zawodzą. Niezbyt ostrożne zachowywanie się na łowisku oraz nieumiejętne podanie przynęty to główne przyczyny niepowodzeń. Pamiętajmy, że sandacza o wiele trudniej skusić niż szczupaka lub okonia.
Montaż wędki powinien być staranniejszy, wszelkie sztywne, stalowe przypony nie nadają się zupełnie. Jeżeli spodziewamy się brań również i szczupaków, musimy dać przypon metalowy, ale miękki. Ja stosuję zwykle przypony własnego wyrobu, sporządzane z najcieńszej struny gitarowej i pomiedziowane w roztworze siarczanu miedzi. Na sandacze zawsze jednak lepsza jest żyłka dobrej jakości 0,4—0,5 mm. Niezmiernie istotne jest również, by opór, jaki napotyka odpływający z przynętą sandacz, był minimalny. Sandacz najczęściej puszcza przynętę przy najlżejszym nawet oporze. Jeśli więc w ogóle stosować spławiki, to tylko smukłe i o niewielkiej wyporności, ciężarki zaś przelotowe. Najważniejsze jest jednak właściwe ustawienie kija. Im bardziej pionowo sterczy wędka, tym większe jest tarcie żyłki o przelotki. Przelotki powinny być duże, a żyłka musi przesuwać się po nich gładko. Nie może być poskręcana, gdyż zawsze powoduje to dodatkowe opory. Poskręcana żyłka nie nadaje się do połowu żadnych ryb, nie tylko sandaczy, lepiej ją więc wymienić lub umiejętnie przewinąć. Jeżeli łowimy z kołowrotkiem o stałej szpuli, kabłąk powinien być otwarty. Z kołowrotka bębnowego należy odwinąć kilka metrów żyłki i ułożyć starannie obok, zwłaszcza gdy brzęczyk kołowrotka jest „sztywny”. Koniecznie należy usunąć wszelkie wystające patyki, o które mogłaby zaczepić żyłka. Unieruchomienie żyłki powinno być także bardzo delikatne, by uwalniała się ona za lada szarpnięciem. Stwarza to wprawdzie możliwość fałszywych alarmów, gdy np. na naprężonej żyłce osiądzie dryfujące zielsko, ale z pewnością nie odstraszy czujnego sandacza.
Najlepszy okres łowów przypada na drugą połowę czerwca, oraz na sierpień, wrzesień i październik. Przy ciepłej jesieni przedłuża się do listopada. Korzystne zwłaszcza są noce poprzedzające chłodne, mgliste poranki. W lipcu możemy łowić sandacze podczas deszczowej pogody, gdy woda jest dobrze natleniona i lekko mętna. Zbyt wysoki stan wody najczęściej uniemożliwia normalny połów.
Nierzadko zdarza się złowić sandacza w dzień, zwłaszcza jesienią. Najlepszy jednak okres brań przypada na późny wieczór i wczesny ranek, ,,przy atramentowym niebie” oraz w środku nocy. Na jednym z łowisk zaobserwowałem zadziwiającą wprost punktualność żerowania sandaczy. Brały one najczęściej w godzinach: 1900—1930, 2100—2130, 2330—2400, joo—230, 330—43o, 530—600. Brania w pierwszym i ostatnim przedziale czasu występowały tylko jesienią. W sierpniu i’we wrześniu najbardziej intensywnie sandacze żerowały o 19°°—1930 i 330~430, w czerwcu o 2100—2130 i o IOO—230, por tych przestrzegały zawsze, choć w środku nocy polowały mniej intensywnie. Poza tymi krótkimi okresami nie było ani jednego brania! Bywało nieraz, że żerowanie wypadało tylko o jednej porze, trzeba było więc stale uważać, by nie przegapić tego krótkiego okresu. Pewnej jesieni przez trzy kolejne noce sandacze brały tylko między 345 a 41S, za to kilkakrotnie w tak krótkim czasie!
Na innych łowiskach może być nieco inaczej, warto jednak rozpoznać najlepszą porę żerowania. Obserwacja rybich zwyczajów jest nie mniej pasjonująca niż samo łowienie.
